Mam 67 lat. Na emeryturze jestem od pięciu lat, ale dopiero od pół roku czuję się naprawdę wolny. Wiecie, jak to jest – najpierw cieszysz się, że nie musisz wstawać o piątej. Potem zaczynasz się nudzić. Potem oglądasz wszystkie programy w telewizji, nawet te z dietami i ogrodami. Aż w końcu siadasz przed komputerem i myślisz: „No i co teraz?”.
Nazywam się Zdzisław, mieszkam w Lublinie, z żoną Hanną, która wciąż pracuje w księgowości, bo twierdzi, że „siedzenie w domu to śmierć”. Zostałem więc sam na wiele godzin. Mój syn, ten starszy, Marek, kupił mi laptopa na Gwiazdkę. Powiedział: „Tato, naucz się korzystać, świat tam jest”. A ja na to: „Świat? Tam są tylko reklamy i polityka”. Ale Marek miał rację – tylko nie w taki sposób, jak myślał.
Pewnego popołudnia, gdy Hanka była w pracy, ja przeglądałem strony. Wszedłem na forum dla emerytów – takie, gdzie ludzie wymieniają się przepisami i narzekają na ZUS. I w jednym z wątków ktoś napisał: „A wiecie, że w kasyno w polsce można grać online? Ja tam sobie czasem puszczam kilka spinów, dla jaj”. Pomyślałem – stary dziad, hazardzista. Ale coś mnie tknęło. Przeczytałem cały wątek. Ludzie pisali o limitach, o odpowiedzialnej grze, o tym, że to taka rozrywka jak krzyżówki, tylko bardziej kolorowa.
Z ciekawości otworzyłem stronę. Zarejestrowanie się nie było trudne – syn mnie uczył, jak zakładać konta. Strona pytała o dane, o dowód. Sprawdziłem, czy to legalne, bo w moich czasach hazard był albo w salonach gier, albo nic. Okazało się, że
kasyno w polsce działa na podstawie licencji, jest kontrolowane, ma polski regulamin. To mnie uspokoiło.
Wpłaciłem 50 złotych. To była dla mnie kwota, którą mogłem wydać na głupoty – jak paczka fajek czy dwa kina. Nie oczekiwałem niczego. Grałem w automaty, takie proste, z owocami i siódemkami. Kręciłem powoli, jakbym przekręcał korbkę w starym zegarze. Przez pierwsze pół godziny nic się nie działo – wygrywałem 5 złotych, przegrywałem 10, potem znowu 8. Było to głupie, ale wciągające. Czułem się jakbym wrócił do lat młodości, gdy chodziłem z kumplami do salonu gier na piwo.
A potem, zupełnie niespodziewanie, ekran zamarł. Myślałem, że komputer się zawiesił. Ale to był bonus. Napis: „Gratulacje, trafiłeś 50 darmowych spinów!”. Siedziałem i patrzyłem, jak bębny kręcą się same. Z każdym spinem wygrywałem. Po dziesięciu spinach miałem 120 złotych. Po dwudziestu – 300. Po wszystkich pięćdziesięciu – 890 złotych. Normalnie serce mi waliło jak u dwudziestolatka.
Kliknąłem „wypłać”. Całość. Wiedziałem, że jeśli zostawię choć złotówkę, to wrócę. A ja chciałem sprawdzić, czy to w ogóle prawda. Pieniądze przyszły na konto następnego dnia rano. Sprawdziłem trzy razy. Hanka jeszcze spała. Usiadłem przy kuchennym stole, wypiłem herbatę i pomyślałem: „No i proszę. Stary dziad wygrał prawie tysiąc złotych”.
Potem zacząłem robić to systematycznie. Założyłem osobny portfel – taki wirtualny – na który co miesiąc przelewam 200 złotych z emerytury. Tylko tyle. Nic więcej, nawet gdy przegram wszystko pierwszego dnia. I trzymam się tego jak przykazania. Żona wie, na początku się denerwowała, ale pokazałem jej limity, pokazałem wypłaty. Widziała, że nie tracę głowy. Teraz czasem siada obok i mówi: „No i jak tam twoje kasynko? Jakaś wygrana?”.
Największą wygraną miałem w lutym. Padało, Hanka poszła do koleżanki, ja siedziałem sam. Włączyłem kasyno w polsce – tym razem nie automaty, tylko ruletkę. Postawiłem 10 złotych na czerwone. Wygrałem. Postawiłem 20 na parzyste. Wygrałem. Postawiłem 30 na numer 23 – bo 23 to mój numer, termin urodzin mojego ojca. I wygrałem 800 złotych za jednym zamachem. Nie wierzyłem. Wypłaciłem wszystko od razu. Cały wieczór chodziłem uśmiechnięty, a Hanka pytała: „Zdzisław, co ty masz? Zakochałeś się?”. Powiedziałem: „W tobie, kochanie. I w ruletce”.
Za wygrane kupiłem sobie nową wędkę. Marzyłem o niej od roku, ale szkoda mi było kasy. A teraz? Każde wyjście na ryby z tą wędką to dla mnie ukłon w stronę farta. I zawsze, gdy coś złowię, myślę o tym zimowym wieczorze, gdy w piżamie i kapciach postawiłem na 23.
Dziś gram dalej, ale spokojnie. Dwa razy w tygodniu, po godzinie. Zawsze z limitem 50 złotych na sesję. Nigdy nie gonię strat. Jeśli przegram – zamykam laptopa i idę do ogródka albo oglądać mecz. Nie pozwalam, żeby hazard rządził moim dniem.
Czy polecam innym emerytom? Tak, ale z głową. Najpierw ustaw limity, przeczytaj regulamin, sprawdź, czy kasyno ma licencję. I najważniejsze – traktuj to jak wydatek na rozrywkę, nie jak inwestycję. Bo jak przegrasz, to nie masz pretensji do kina, że film był słaby, prawda?
Ja tam jestem wdzięczny tej reklamie, którą zobaczyłem rok temu. Nie za pieniądze – za to, że wpuściła do mojej emerytury odrobinę adrenaliny. I za to, że dzięki kasynu, nauczyłem się obsługiwać laptopa lepiej niż mój syn. A on wciąż nie może wyjść z podziwu. No i wędka też jest fajna. Ale to już zupełnie inna historia.