Zacznę od tego, że nie jestem majsterkowiczem. W ogóle. Gdybym miał opisać swoje umiejętności manualne, użyłbym słowa „katastrofa”. Ale tamtego popołudnia poczułem przypływ męskiej dumy. Piekarnik w kuchni od tygodnia wydawał dziwny dźwięk – coś jakby chrapał. Żona mówiła: „Wezwij kogoś”. Ja powiedziałem: „Dam radę sam”.
Nie dałem.
Rozkręciłem tylną obudowę, pogrzebałem w środku, dotknąłem czegoś, czego nie powinienem dotknąć, i nagle zgasło światło w całej kuchni. Nie tylko w kuchni – w połowie mieszkania. Sąsiad z dołu zapukał w rurę. Żona spojrzała na mnie wzrokiem, który mówił: „Mówiłam”. Zadzwoniłem do elektryka. Powiedział, że przyjedzie najwcześniej za trzy dni.
Zapadła cisza. Siedziałem w salonie, przy świeczce, i czułem się jak idiota.
Żona poszła spać wkurzona. Ja nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, myślałem o tym, jak bardzo zepsułem wieczór. W końcu wstałem, poszedłem do pokoju, w którym był laptop – akurat w tym gniazdku działało, bo było na innym obwodzie. Włączyłem komputer, otworzyłem przeglądarkę i bez większego celu zacząłem klikać.
Po kilkunastu minutach trafiłem na stronę, którą kiedyś polecił mi szwagier. Mówił, że to dobre miejsce na odstresowanie. Nie pamiętam dokładnie, co wtedy odpowiedziałem – chyba coś w stylu „nie moja bajka”. Ale teraz, przy świeczce, z poczuciem totalnej porażki majsterkowicza, pomyślałem: a co mi tam?
Wpisałem adres. Strona załadowała się szybko. Sprawdziłem, czy to na pewno to, co mówił szwagier –
vavada kasyno wyglądało solidnie. Żadnych wyskakujących okienek, żadnych nachalnych reklam. Czysty interfejs, lista gier, czytelne menu.
Zarejestrowałem się w kilka minut. Nie wpłacałem od razu – najpierw chciałem zobaczyć, co to w ogóle jest. Przeklikałem tryby demo, sprawdziłem kilka slotów. Jeden z motywem wikingów, drugi z owocami, trzeci z egipskimi skarbami. Żaden jakoś szczególnie nie przykuł mojej uwagi. Aż trafiłem na automat z… piekarnikiem. Nie żartuję. Gra nazywała się jakoś „Kuchenne Rewolucje” albo coś w tym stylu. Symbole to były mikser, garnek, jajko i piekarnik. Akurat piekarnik wypadał najrzadziej, ale za to dawał największe mnożniki.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Piekarnik mnie prześladował.
Wpłaciłem trzydzieści złotych. Tyle miałem w portfelu gotówki, a akurat banknot wpadł mi w oko, gdy szukałem czegoś do podpalenia świeczki. Stwierdziłem, że to znak. Postawiłem najmniejsze stawki – jakieś dwadzieścia groszy za spin. Grałem spokojnie, w rytm tykania zegara. Świeczka powoli topniała na biurku.
Przez pierwsze kilkanaście minut nic się nie działo. Byłem jakieś pięć złotych do tyłu. Nie przejmowałem się. W końcu to była rozrywka, nie inwestycja. W tle słyszałem chrapanie żony z sypialni – spała, więc nie było tak źle.
I wtedy, przy spinie, który już miał być ostatnim (bo za chwilę kończyły mi się środki), ekran zamigotał. Trzy symbole piekarnika. Bonus. Darmowe spiny. Mnożnik x5. Potem kolejny piekarnik – mnożnik x10. Potem trzeci – dodatkowe spiny.
W ciągu może dwóch minut moja wygrana podskoczyła z kilku złotych do stu dwudziestu.
Siedziałem w ciemnym pokoju, przy świeczce, i patrzyłem na ekran. Nie wierzyłem własnym oczom. To był taki absurd – zepsułem piekarnik, a potem wygrałem na piekarniku w kasynie. Gdybym opowiedział to komuś na trzeźwo, uznałby mnie za wariata.
Zamknąłem grę. Sprawdziłem warunki bonusu – trzeba go było obrócić kilkanaście razy, zanim można było wypłacić. Nie przejąłem się. Przez następne dni, po pracy, grałem po trochu. Małe stawki, spokojne automaty. W środę wieczorem spełniłem wszystkie warunki. Na koncie zostało mi do wypłaty siedemdziesiąt złotych.
Przelałem je na konto. Elektryk przyszedł w piątek, naprawił obwód. Piekarnik działa. Żona już się nie gniewa.
Co zrobiłem z wygraną? Kupiłem jej kwiaty. I kolację na wynos, żeby przez jeden wieczór nie musiała gotować. Powiedziałem jej wtedy: „Wiesz, czasem nawet jak coś zepsujesz, to może się okazać, że to był początek czegoś dobrego”. Popatrzyła na mnie dziwnie, ale przyjęła kwiaty.
Od tamtego popołudnia vavada kasyno kojarzy mi się z jedną rzeczą – nie z wygraną, nie z piekarnikiem, ale z tym, że czasem los lubi żartować. I jeśli potrafisz się z tych żartów śmiać, to nawet najgorsza wpadka może skończyć się dobrze.
A piekarnik? Działa jak nowy. I od tamtej pory go nie tykam. Niech się nim zajmuje ktoś, kto wie, co robi. Ja już zostałem przy komputerze.